Szukaj:Słowo(a): Dom Lotnika w Pile
Witam!
Trochę odbiegnę od tematu, bo cofnę się do sierpnia 1939 r. Czytałem dawno temu, że jakiś nasz samolot zwiadowczy wleciał pod koniec ostatniego miesiąca pokoju w przestrzeń powietrzną Niemiec i dotarł niemal pod Schneidemuele, czyli dzisiejszą Piłę. Nasi lotnicy zaobserwowali ruchy wojsk niemieckich w kierunku naszych granic i spokojnie wrócili do domu nie niepokojeni przez Niemców, bo ci w ogóle nie spodziewali się naszej maszyny nad swoim terytorium.
Pozdrawiam
24 eskadra bombowa atakowala zgrupowanie niemieckie na terenie Słowacji – samoloty „Łoś” należące do tejże eskadry zbombardowały kolumnę pancerną 2 DPanc. w rejonie Jabłonka - Podwilk, tracąc jeden samolot .



24 Eskadra Rozpoznawcza z Armii "Kraków" miała na stanie "Karsie" i to one atakowały 2 DPanc.

Trochę odbiegnę od tematu, bo cofnę się do sierpnia 1939 r. Czytałem dawno temu, że jakiś nasz samolot zwiadowczy wleciał pod koniec ostatniego miesiąca pokoju w przestrzeń powietrzną Niemiec i dotarł niemal pod Schneidemuele, czyli dzisiejszą Piłę. Nasi lotnicy zaobserwowali ruchy wojsk niemieckich w kierunku naszych granic i spokojnie wrócili do domu nie niepokojeni przez Niemców, bo ci w ogóle nie spodziewali się naszej maszyny nad swoim terytorium.
Trochę odbiegnę od tematu, bo cofnę się do sierpnia 1939 r. Czytałem dawno temu, że jakiś nasz samolot zwiadowczy wleciał pod koniec ostatniego miesiąca pokoju w przestrzeń powietrzną Niemiec i dotarł niemal pod Schneidemuele, czyli dzisiejszą Piłę. Nasi lotnicy zaobserwowali ruchy wojsk niemieckich w kierunku naszych granic i spokojnie wrócili do domu nie niepokojeni przez Niemców, bo ci w ogóle nie spodziewali się naszej maszyny nad swoim terytorium.


W sierpniu 1939 w sztabie 4 PL przygotowano szpiegowski lot RWD-13 w okolice Kołobrzegu.Samolot miał cywilną rejestrację a piloci z dokumentami ARP jak najbardziej mieli właśnie tam zabłądzić.
SU-22 - powrót Tygryska do Piły

SU-22 15 lat latały nad Piłą. Teraz miłośnicy lotnictwa z Piły ogłosili akcję "Tygrysek wraca do domu", czyli zbiórkę pieniędzy na sprowadzenie do miasta samolotu myśliwsko-bombowego Su-22. Ma stanąć w jednym z hangarów na nieczynnym już lotnisku wojskowym.

Zwolennikiem upamiętnienia w taki sposób jednostek lotniczych w Pile, z tygrysem na burcie - maskotką miejscowych lotników, jest były pilot wojskowy Bogdan Likus.

Adam Oryszak ze Stowarzyszenia "Przedmoście Piła", które tworzy skansen militarny w Pile, powiedział nam, że aby przetransportować samolot z Powidza potrzeba 10 tysięcy złotych. Po zebraniu pieniędzy samolot z tygryskiem w ciągu trzech miesięcy stanie na pilskim lotnisku.

Wpłat można dokonywać bezpośrednio w pilskim Oddziale i filii Banku Spółdzielczego z Czarnkowa bez jakichklowiek opłat na hasło TYGRYSEK:
Bank Spółdzielczy w Czarnkowie Oddział Piła
numer konta: 76 8951 0009 4201 1804 2000 0010



Na dole fragment z Radia MERKURY do odsłuchania.
http://www.radiomerkury.pl/index.php?art=33783

SU-22 - powrót Tygryska do Piły

SU-22 15 lat latały nad Piłą. Teraz miłośnicy lotnictwa z Piły ogłosili akcję "Tygrysek wraca do domu", czyli zbiórkę pieniędzy na sprowadzenie do miasta samolotu myśliwsko-bombowego Su-22. Ma stanąć w jednym z hangarów na nieczynnym już lotnisku wojskowym.

Zwolennikiem upamiętnienia w taki sposób jednostek lotniczych w Pile, z tygrysem na burcie - maskotką miejscowych lotników, jest były pilot wojskowy Bogdan Likus.

Adam Oryszak ze Stowarzyszenia "Przedmoście Piła", które tworzy skansen militarny w Pile, powiedział nam, że aby przetransportować samolot z Powidza potrzeba 10 tysięcy złotych. Po zebraniu pieniędzy samolot z tygryskiem w ciągu trzech miesięcy stanie na pilskim lotnisku.

Wpłat można dokonywać bezpośrednio w pilskim Oddziale i filii Banku Spółdzielczego z Czarnkowa bez jakichklowiek opłat na hasło TYGRYSEK:
Bank Spółdzielczy w Czarnkowie Oddział Piła
numer konta: 76 8951 0009 4201 1804 2000 0010



Na dole strony fragment z RADIA MERKURY do odsłuchania.

Chyba jest szansa na postawienie jej w schronohangarze na lotnisku PIŁA

Ze swojej strony proszę każdego, który jest w stanie wpłacic choc kilka złotych o pomoc. Takiej szansy nie można zmarnowac
Bylo przewspaniale :)Mila niespodzianka spotkala mnie juz na dworcu u mnie, poniewaz spotkalam forumowego ziomka Wasyla z kolega (niestety nie byli na CF), wiec podroz mi umilili Po dotarciu do Wrocka wiadomo - kazdy na kazdego czekal na pkp, nerki juz powoli wysychaly, wiec wykupilismy polowe sklepu z artykulami alkoholowymi po czym zakleszczylismy sie w parku nad Odra. Podjudzania bylo co nie miara, jakis starszy ziomek po 70-tce skumal sie z nami, pil itp (sponsoring sobie znalazl ) Chyba nawet pare fotek z nim mamy Wodeczka i piwka smakowaly ^^ Na chwile doszedl do Nas Bone F. z jednym ziomkiem Pozniej ponownie na PKP po kolejna ekipe ze Slaska tym razem. Na PKS'ie wszyscy rzucili sie do autobusow. Tutaj nasze drogi sie rozeszly na czas podrozy Po zmudnej drodze na teren CF i dzwiekach zapodawanych przez Monike Brodke w lokalnym radiu, dotarlismy do miejsca docelowego cali i zdrowi Tam krotka obczajka namiotow, pozniej piwko na lonie natury, tudziez kielbaska za 10 zl I znow sie wszyscy porozchodzilismy, chocby na London Elektricity, pozniej na Kosheen, ale spostrzeglam z Wysherem ze meczyk leci na telebimie wiec rozplaszczylismy sie na trawce a pozniej niemal wyrywalam ja z nerwow ze Brazylia przegrala Po drodze wpadlo pare Red Bulli do gardelka Chwila na Marco V, pozniej Gabriele Cudnie grali, ale czas bylo sie zmywac poniewaz oczekiwalismy na gwiazde wieczoru Paul Van Dyk'a Ahh co to sie dzialo...To co on wyprawia na zywo jest niewyobrazalne!Brak slow!Mistrz poprostu mistrz!Swietny energetyczny set, pod koniec zagral tez swoje starsze kawalki - For An Angel, Nothing But You, Time Of Our Lives czy chocby Crush Publika oszalala, skandujac "Paul van Dyk!" Niestety wszystko co dobre szybko sie konczy Po PvD wiekszosc nie miala juz sil wiec kolejne Red Bulle, pozniej jakies hałsy dla odprezenia, dzien juz budzil sie do zycia a my wygladalismy jak Zombie Nation Zzzzzimno strasznie bylo pod tymi parasolami Nastepnie rozgrzewka w namiocie z hałsami - z tego co pamietam to Basoski i Matush Czesc sie juz wykruszyla do domow, a czesc zostala prawie do konca Najgorszy szok przezylismy idac na autobus a tam milionowa kolejka oczekujacych, gotowa wygryzc Ci watrobe jesli sie wpychales w kolejke Tutaj chce podziekowac ekipce ktora mnie zabrala autkiem Hmm what can I say - kolejny raz ekipa fmt nie zawiodla Milo bylo poznac nowe twarze Czekam na kolejny event

P.S. Especially pozdro 4 Sisior, Lotnik, Tcheia z chlopakiem, Spidi, Wyshi, Tina & Merv, rEz z kolezanka, Qsiara, Mimaj, macoson, Krissu z ekipa, Infra, Tymek, brat Konciala i dla wszystkich tych, o ktorych zapomnialam (tudziez zapomnialam kto byl kim )

P.S2. Z gory ajm sory za nieskladne pismo, ledwo 3mam kontakt z baza Ide spac i czekam na fotki i filmiki

P.S3. z Wami to i na koniec swiata mozna isc bałnsowac
Osman naprowadził mnie na taką oto wiadomość - stary artykuł z GW ze wspomnieniami Henryka Hajoka z zajęcia Gliwic przez Armię Czerwoną:

"Od dwóch tygodni opisujemy to, co działo się na Śląsku w styczniu 1945 r., kiedy do Katowic, Zabrza, Bytomia Gliwic i pozostałych miast okręgu przemysłowego wkroczyła Armia Czerwona. Dziś tamte wydarzenia wspomina Henryk Hajok z Gliwic.

26 stycznia, w dniu, gdy skapitulowali Niemcy, nad miastem unosiła się łuna ognia od płonących budynków. Dymu było tak dużo, że nie dało się oddychać. Ludzie zatykali sobie wilgotnymi chustami usta.

Przy dzisiejszej ul. Moniuszki Rosjanie podpalili pierzeję kamienic, a potem strzelali do mieszkańców, którzy uciekali z płonących budynków. Podobnie działo się w całym mieście. Podczas walk zniszczono przeszło tysiąc budynków.

Zaraz gdy zakończyły się walki, wyszedłem zobaczyć, co zostało z mojego miasta. Widok był przerażający. Wiele budynków ciągle płonęło, zapach spalenizny był nie do zniesienia. Na ulicach wszędzie walał się sprzęt wojskowy. W śródmieściu widziałem stosy ciał zabitych, zarówno Niemców, jak i Rosjan. Nie ostała się ani jedna witryna sklepowa. Wszystkie sklepy splądrowano. Przy ul. Raciborskiej znajdowała się wytwórnia wina. Rosjanie strzelali z automatu do wielkich beczek, a potem pod strumień wypływającego wina podstawiali hełmy i pili do upadłego. Na ulicach słychać było krzyki gwałconych kobiet. Podczas plądrowania Teatru Miejskiego Rosjanie zaprószyli ogień. Widziałem, jak w płonącym budynku zawalił się dach i z wewnątrz buchnął wielki płomień. O gaszeniu nie było mowy. W mieście nie było wody. Pamiętam też, że w gliwickich kościołach ciągle dzwoniły dzwony. W ten sposób miasto wołało Boga o ratunek przed rosyjską hordą.

Miałem wówczas 16 lat. Byłem głodny. Rosjanie mieli jedzenia w bród, bo zarekwirowali żywność z gliwickich magazynów. Ja, niestety, nie znałem po rosyjsku ani słowa. Musiałem z nimi dogadywać się na migi. Jedni mnie głaskali po głowie i dawali jeść, inni kopali w tyłek. Ale zwykle udawało mi się zdobyć i przynieść do domu trochę żywności. Mieszkańców wkrótce po zajęciu miasta spędzono do budowy umocnień frontowych i pracy w gliwickich fabrykach. Ja sprzątałem gliwickie lotnisko. Wynosiłem ciała zabitych niemieckich lotników i młodych kobiet, które Rosjanie gwałcili, a następnie zabijali."
A ja mam krótką opowieść i pytanie-prośbę.

Niedawno rozmawiałem z moją babcią na temat września 39. Poruszaliśmy różne tematy aż w końcu zeszliśmy na wątki lotnicze.
Babcia mieszkała w małej wiosce w okolicach Koła. Pamięta jak pewnego dnia nad wsią samotny polski samolot stoczył długą walkę z niemickimi myśliwcami. Mówiła o wielu szczególach, np. twierdziła, że myśliwców było pięć, że polski samolot zapalił się i ciągnął za sobą smugę czarnego dymu, wyskoczyło z niego dwóch lotników, jeden był ciężko ranny i amputowano mu nogi, drugi wylądował cały i zdrowy, polski samolot rozbił się w miejscowości Borecznia.

Znając tyle szczegółów, zaraz po powrocie do domu sięgnąłem po "Polskie eskadry w wojnie obronnej". Tam dość szybko odnalazłem opis wydarzenia widzianego przez moją babcię.

6 IX Karaś z 34 Eskadry Rozpoznawczej z załogą: obs. Górecki, kpr. pil. Pingot i kpr strz. Witkowski poleciał na rozpoznanie rejonu Warta - Siereadz - Zduńska Wola. W drodze powrotnej został zaatakowany przez cztery Bf 109, które go zestrzeliły.
Pilot Pingot zginął we wraku maszyny, kpr. Wilkowski lądował na spadochronie odnosząc kontuzję, a por. Górecki także skakał lecz prawdopodobnie został rozstrzelany w powietrzu przez niemickich pilotów. Karaś rozbił się we wsi Borecznia. A więc wszystko się zgadza (naprawdę podziwiam Jej pamięć).

Następnie odnalazłem opis tej walki u Emmerlinga. Okazało się, że myśliwce pochodziły z I./JG 77, a Karasia zestrzelił Lt. Friedrich Hauck.

I tu moja prośba, czy ktoś z forumowiczów pomógłby mi ustalić, jak potoczyły się dalsze wojenne losy Niemca. Będę przeogromnie wdzięczny za każdą wskazowkę.

K
Niby dlaczego miałoby „nie przejść pijane Westerplatte” w kraju wszechogarniającego pijaństwa wpisanego w codzienny byt i udokumentowanego w statystykach?

Bij zabij nie pamiętam gdzie, ale czytałem, że przed wojną średnio spożycie wódki było o 100% niższe niż za czasów późnego PRL/początków III RP...
Najwybitniejszego i niekwestionowanego wkładu LWP w omawianą przez nas dziedzinę oczywiście nie będziemy podważać, bo jeszcze ktoś by się obraził za odbieranie LWP jedynej rzeczy, która mu się udała na skalę niebotyczną.

Rzecz jasna nic tu nie jest proste i jednoznaczne w tym, za co się niniejszym złapaliśmy do dyskutowania w kontekście Westerplatte. Nie wiem, jak pił sektor cywilny II RP, i jak piła lądówka WP II RP, ale perfekcyjnie za to wiem, jak piło lotnictwo wojskowe II RP, bo przez zbieg okoliczności i w specyficzny sposób jest to pijaństwo wpisane w żywot mojej rodziny. Powiedzieć, że lotnictwo piło do nieprzytomności to mało – piło do granicy zejścia. Mój dziadek był w międzywojniu, i aż „do końca” (bo tak mu kazało wojsko) zarządcą kwater personelu latającego bazy lotniczej Radom-Sadków. Był z tego powodu bankrutem w tej części swojego zawodu. Musiał utrzymywać dom z faktu posiadania sadów i sklepu spożywczego, bo z zarządzania kwaterami były tylko zgryzoty, choć dziadek machnął w końcu na to ręką i patrzył na to chyba jak na kabaret, a że moja mama patrzyła na pięknych lotników jak urzeczona, to dziadek chyba tylko dla swojej córeczki prowadził wojsku ten pseudointeres, do którego dokładał. O co chodzi? Personel latający Sadkowa przepijał po prostu wszystko, co było do przepicia, do pożyczenia, do zastawienia, do ściągnięcia z grzbietu i ponownego zastawienia. Prawie nikt nie płacił czynszu za kwatery, bo wszystko było przepite.

Ale oczywiście ze strony fanatycznych przeciwników tego filmu chętnie zapoznam się z dowodami (i nie będę się ciskał – obiecuję!), że lotnictwo to ostatnia hołota, natomiast na Westerplatte zebrał się zestaw anielski wyłącznie z Bogiem, Honorem i Ojczyzną w sercach i umysłach, który to zestaw pijaństwem był niepokalany.

Pozdrawiam
Narbo, zespół Alpha, 23 martius 831.M41, godz. 12.34

- Na zewnątrz! – wrzasnęła na całe gardło Kara – Wychodzimy na zewnątrz!

Dziewczyna wystrzelała do końca magazynek w jednym Hecuterze, cisnęła pustym automatem pod nogi, złapała wolną ręką za wiszący przy pasie boltowy pistolet. Stębnowani kulami i wiązkami energii regulatorzy padali jeden po drugim, brocząc krwią, nieruchomiejąc wewnątrz swych kręgów. Pole siłowe chroniące arcybiskupa Dularka rozbłyskiwało rażącym blaskiem za każdym razem, kiedy trafiały w nie jakieś pociski, ale wbrew posępnej determinacji Kary jego potencjał wciąż nie słabł, za każdym razem absorbując całkowicie kule.

Kapłan kultu Boga Krwi stał wyprostowany, z uniesionymi wysoko rękami, spoglądając na wycofujących się w stronę wrót imperialistów z grymasem tryumfu na ustach.

- Krew wiernych rozlana rękami czcicieli żywego trupa! – krzyknął donośnie, ponad hukiem wystrzałów, z wyrazem głębokiej ekstazy na twarzy – Dziewięciu odeszło w nieśmiertelność, trzystu odejdzie! Gdy ich krew zostanie utoczona, powstanie Ten, Którego Imię Zostało Zapomniane! Przed nim stąpa Zgroza, za nim nadciąga Trwoga! Dopełnia się się ofiara z wiernych złożona przez innowierców! Krew dla Boga Krwi, czaszki na Tron Czaszek!

Żołnierz z Armageddonem wypchnął na zewnątrz silosu Raviona, sam przeskoczył za próg pomieszczenia. Dwaj pozostali osłaniali cofające się agentki strzałami w laserów, mierząc już tylko w Eduarda Dularka, wszyscy pozostali heretycy w silosie już nie żyli lub dogorywali – na oczach struchlałej Sepheryjki jeden ze śmiertelnie rannych funkcjonariuszy Magistratum, noszący na mundurze naszywki proktora, trzęsącą się ręką przystawił laser do skroni i przestrzelił sobie czaszkę.

- Asper Dwa! – w eterze zabrzmiał nagle podniesiony głos pilota, dzwoniący desperacką nutą, której wcześniej nikt w tonie lotnika nie zauważył – Wychodzą! Wychodzą na zewnątrz!

Dwaj marynarze ostrzeliwali się zza uchylonych drzwi silosu, Kara przebiegła obok nich wyskakując w ulewny deszcz, posyłając na pożeganie w stronę arcyheretyka boltowy pocisk, który zdetonował na osłonie generowanej przez splugawiony rosarius.

- Zdychaj, pomiocie Chaosu – sarknęła z nieopisaną wręcz nienawiścią w głosie Lyra, zatrzymując się na ułamek chwili w progu spichlerza, łapiąc w obie dłonie odłamkowe granaty i pstryknięciami palców wyrywając z nich zawleczki. Ciśnięte silnie ładunki poleciały wprost pod nogi uśmiechającego się diabolicznie arcybiskupa.

Nie czekając na detonacje Sepheryjka wysadziła wielkim susem za próg, wpadając na plecy stojącej w strugach deszczu Kary. Lyra uśmiechnęła się szeroko, mściwie, a zarazem z ogromną ulgą. Na przekór wszystkiemu cała szóstka wydostała się z będącego miejscem odrażającej ceremonii silosu bez szwanku i chociaż śmierć Mira napawała dziewczynę głębokim smutkiem, Sepheryjka przekonana była, że odbierając mu własnoręcznie życie uratowała nieśmiertelną duszę legata przed wieczystym potępieniem.

Za jej plecami huknęły donośnie obydwa granaty, ale akolitka nawet nie zarejestrowała słuchem tego odgłosu, porażona znienacka paraliżem, który odebrał jej władzę w nogach.

Przed swą śmiercią Duch nadał z dzwonnicy kościoła ostrzeżenie mówiące o czterech setkach przebywających w Narbo heretyków. Lyra nie miała pojęcia, ilu rebeliantów starło przy wyłomie z członkami grupy szturmowej, ale dokonując chaotycznych obliczeń w myślach uznała, że nie było ich więcej jak osiemdziesięciu; że w sumie w walkach o Narbo zginęło około setki heretyków.

Pozostałych trzystu stało na szerokiej ulicy sąsiadującej z wejściem do silosu, ciasnym zwartym półkręgiem ludzkich ciał wypełniając przestrzeń pomiędzy budynkami, spoglądając na przemoczonych deszczem imperialistów w całkowitym milczeniu.

Mężczyźni i kobiety, nastolatkowie i starcy, gdzieniegdzie dzieci.

W ich rękach lśniły mokrą stalą żniwiarskie sierpy, rzeźnickie topory, widły i piły.

- Wychodzą na zewnątrz! – powtórzył swe spóźnione ostrzeżenie pilot, krzyczący donośnie w eterze – Z wszystkich domów w centrum osady! Cały czas się tam ukrywali!

Dziewięciu odeszło w nieśmiertelność, trzystu odejdzie! Gdy ich krew zostanie utoczona, powstanie Ten, Którego Imię Zostało Zapomniane!

Pozornie bezsensowne słowa wypowiedziane z religijną emfazą przez arcybiskupa Dularka nabrały znienacka przerażającego wymiaru, dławiąc swym lodowatym uściskiem gardła agentów Ordo, wprawiając struchlałe serca w paniczne trzepotanie.
Gen. bryg.pil. Ludomił Rayski (1892-1977)

Rok 1993 zapisał się wielką aktywnością w sprowadzaniu zasuszonych bohaterów narodowych z emigracji do Ojczyzny. Kto był inicjatorem sprowadzenia urny z prochami śp.gen.pilota Ludomiła Rayskiego nie wiadomo. Spoczywał na cmentarzu South Ealing w Londynie w grobowcu swej drugiej żony(legalnej) Irlandki Aileen Sheady z którą wziął ślub jako wdowiec w 1966r.
Postać niezwykle barwna, związana z Krakowem. Urodził się we wsi Czesław k/Wieliczki. Artur Teodor Rayski jego ojciec jako zubożały ziemianin udał się do Turcji Osmańskiej i został tam oficerem. Powraca do Krakowa w 1910 r. wraz z muzułmanką (czy była jego żoną nie wiadomo) z którą zamieszkał w domu przy ul.Pędzichów. Dla swej wybranki zbudował na ścianie frontowej domu minaret, który do dziś zadziwia swym istnieniem. W tym domu Rayski przebył młodość. Postawiona kapliczka (jest do dziś) na skwerze zieleni, przed domem, przez zgorszonych krakowian, była odpowiedzią na innowierstwo rodziny Rayskich. Ponoć czasem muzein śpiewał modły.
W Krakowie studiował handel, we Lwowie zaś zaliczył Politechnikę. Czynny w Związku Strzeleckim, żołnierz w 1pp.Leg. Skierowany przez władze austriackie do lotnictwa tureckiego. Tam spotkał się z ojcem. Całą I wojnę światową przebywał w Turcji. Istnieje wersja, że pojął za żonę muzułmankę. Choć będąc w już w kraju od 1919 r. w latach 30-tych miał żonę p.Stanisławę Matuszewską z Kaszelewskich.
Nie będę opisywał dalszego ciągu kariery tego lotnika generał z roku awansu 1934. Ciekawy jest zapis historyczny, że będąc szefem lotnictwa wojskowego z czasem cywilnego, nawet w randze v-ce ministra sprzeciwił się we wrześniu 1939 r. ewakuacji z Polski złota – przeszło 70 ton – samolotami LOT-u, co by wymagało około 50 lotów. Złoto wywieziono samochodami.
Gdy znalazł się na obczyźnie odpłacono mu za to tym, że z trudem, dostał się do lotnictwa. Bardziej chcieli go Francuzi i Anglicy w służbie lotniczej niż generałowie z PSZ. Gen. W.Sikorski stał twardo przeciw niemu. Po wielu tarapatach dopiął swego i nawet latał ze zrzutami dla powstania warszawskiego. Umiera 11.04.1977 r. w Londynie mając 85 lat.
Na 22 maja 1993 r. będąc etatowym proboszczem garnizonu Kraków, nie mylić z proboszczem parafii wojskowej pw.św.Agnieszki w Krakowie ( tytułu tego nie posiadałem z woli najprzewielebniejszego ks.bp polowego Leszka Sławoja Głódźia), zostałem wezwany do Warszawy na uroczysty pochówek generała.
Przywieziona z Londynu wcześniej urna spoczywała już w katedrze polowej Wojska Polskiego jaka znajduje się przy ul.Długiej 13/15
W Mszy św . uczestniczyłem będąc w koncelebrze, której przewodził bp polowy L.S.Głódź. W tej uroczystości pogrzebowej jak ktoś dowcipnie powiedział „pogrzeb na bis” uczestniczyli doświadczeni już w modłach przedstawiciele władz państwowych i wojskowych.
Odnotować należy obecnośc:
Prezydenta reprezentował min. Jerzy Milewski, który wystąpił w roli dekorującego pośmiertnie zmarłego, Krzyżem Wielkim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski,
wiceministra Obrony Marodowej Bronislawa Komorowskiego,
delegacja dowództwa WLiOP oraz lotnicy
wicepremier Henryk Goryszewski
minister ds. kombatantów Janusz Odziemkowski, kolega B.Komorowskiego,
Przedstawiciele braci lotniczej z czasów wojny,
Oraz Rodzina Zmarłego.
Kazanie wygłosił biskup, wykazując zasługi generała dla Ojczyzny, dla przemysłu lotniczego, bitwy o Anglię – jednym słowem dla Polskich Skrzydeł.
Tu wypada mi przypomnieć, że gen.Rayski krytykował władze przedwojenne i londyńskie, za nieudolną politykę co do rozwoju lotnictwa i jego dowodzenia. Dlatego tak go szykanowali. Napis nagrobny to wspomni.
Po egzekwiach pogrzebowych procesjonalnie kwadratowa urna z prochami zmarłego została przeniesiona do bocznej kaplicy katedry i umieszczona w niszy na ścianie z napisem: „Przez swoich nie doceniony, od orła lżejszy, od lwa mocniejszy.”
Kaplica ta, powstała za czasów LWP z inicjatywy generalnego dziekana WP ks.płk Juliana Humeńskiego i poświęcona była polskiemu żołnierzowi który w symbolu odlewu z brązu, spoczywał na środku tego pomieszczenia. Z chwilą zaistnienia Ordynariatu Polowego WP, kaplica ta została przemodelowana i mało co przypomina pierwotny wygląd.
W jakiś czas po tej uroczystości pogrzebowej w Krakowie odsłonięto pamiątkową tablicę na wspomnianym domu rodzinnym generała, która przypomina opowieść o prawdziwym lotniku – wzgardzonym, ale okrytym chwałą. Bądź szczęśliwy generale, niech Ten, który jest w obłokach, doceni twój żywot tak jak i my. R i P
   Witam!



|   A to, jak wszystko wskazuje, jest "urban myth". Na calej tej historii
| cytowany przeze mnie w poprzednich postach (watek PZL P-11 vs. Me-109)
| Marius Emmerling wiesza psy. Przede wszystkim, cala owa "walka" por.
| Falkowskiego z Messerschmittami miala miejsce w okolicach Deblina w
| pierwszych dniach wojny, co oznacza, ze nie mogly w niej brac udzialu

ZTCP to był to 12-13 wrzesień. To już nie taki początek.



    Artykul Emmerlinga ukazal sie w "Lotnictwie Wojskowym" Nr 4/99. Wg
cytowanych w nim wspomnien por. pil. J. Falkowskiego (spisanych dlugo po
wojnie - w 1969 roku) walka miala miejsce 3 wrzesnia w okolicy
Krasnegostawu. We wspomnieniach tych jest b.duzo niescislosci i Autor
artykulu - na podstawie innych faktow, o ktorych wspomina Falkowski, jak np.
jego ladowanie tego dnia rano przed walka w Ulezu, w ktorym mial stacjonowac
X Dywizjon Bombowy ze skladu Brygady Bombowej oraz dokumentow niemieckich -
ustalil, ze zdarzenie musialo zajsc 5 wrzesnia. Wtedy wlasnie X DB
przeniesiono do Uleza i poprzedniego dnia faktycznie stracil on 5 Losi
(wspomniec o tym mial w rozmowie z Falkowskim jeden z pilotow jednostki). 5
wrzesnia tez piloci niemieccy  z I./ZG76 operujacego w okolicach Deblina
(latali na dwusilnikowych ciezkich mysliwcach Messerschmitt Bf-110C)
raportowali zniszczenie w powietrzu 3 PZL P.24 i 1 PWS-26 bez strat
wlasnych.
   Tego dnia w tym rejonie nie mogly pojawic sie Bf-109. Niemiecka
Luftflotte 4 operujaca nad ta czescia Polski wciaz jeszcze stacjonowala na
lotniskach wyjsciowych i jednosilnikowe Messery nie mialy wystarczajacego
zasiegu. Oznacza to, ze nad Deblinem i Krasnymstawem dzialac mogly tylko
wspomniane Bf-110 z I./ZG76. Jednym z owych rzekomych P.24 byl w istocie
nieuzbrojony, szkolny RWD-8 z 1 Plutonu Lacznikowego, zestrzelony kolo
Gniewoszowa przez Oblt. G. Golloba (!). Pilot kpr. rez. M. Rabinowicz
zginal. Pozostale dwie maszyny, to albo samoloty PZL P.7a lub PWS-10 z
Deblina, na ktorych probowano zorganizowac improwizowane jednostki do obrony
baz lotniczych (o ich dzialalnosci i ewentualnych stratach niewiele
wiadomo), albo PZL P.11c z III/2 Dyw. Mysliwskiego (Armia "Krakow"), o
ktorych wiadomo, ze operowaly i toczyly walki w tym rejonie. Brak jednak
informacji nt. ewentualnych strat jednostki - niektore zrodla mowia o 1
maszynie ze 122 EM utraconej w walkach.
    Wspomniany PWS-26 to wiec zapewne samolot Falkowskiego. Teraz pytanie:
kto tu ma racje? Jak zwykle, racja pewnie jest gdzies posrodku. Niemcy
twierdza, ze zestrzelili Falkowskiego, a Falkowski ze nie, i do tego ze
jeden z przeciwnikow sie rozbil.
    Moim zdaniem sytuacja wygladala nastepujaco: por. Falkowski, instruktor
pilotazu w CWL-2 Deblin, faktycznie lecial 5 wrzesnia na
szkolno-akrobacyjnym dwuplatowcu PWS-26  w kierunku Sokala, dokad ewakuowano
baze lotnicza. Po ladowaniu w Ulezu, gdzie probowal uzupelnic paliwo (mial
tylko pol zbiornika) i ponownym starcie, zostal zaatakowany przez kilka
Bf-110. Teoretycznie powinien byl posluzyc im za tarcze strzelnicza,
podobnie jak nieszczesny kpr. Rabinowicz - lecial na powolnym (ponad 2.5
raza wolniejszym od Bf-110) i nieuzbrojonym samolocie szkolnym, a
przeciwnikow bylo kilku i kazdy byl uzbrojony po zeby (uzbrojenie Bf-110C: 2
dzialka 20mm i 4 km 7.9mm strzelajace do przodu i oslugiwane przez pilota, 1
ruchomy km 7.9mm tylnego strzelca). Historia zna jednak kilka przypadkow
podobnych walk, z ktorych atakowany pilot zdolal wyjsc calo dzieki
opanowaniu i dobrzemu wyszkoleniu. Samolot Falkowskiego to byl typowy
"kukuruznik" - mala, lekka i zwrotna maszynka. Jak kazdy samolot dwuplatowy,
PWS-26 majacy b. male obciazenie pow. nosnej w zasadzie latal sam -
wspomnienia lotnikow, ktorzy szkolili sie na tym typie wymieniaja go jako
wyjatkowo przyjemny i prosty w prowadzeniu. Dodajmy, ze por. Falkowski nie
byl rezwerwista - to byl zawodowy oficer-pilot, a do tego instruktor w
szkole w Deblinie, technike pilotazu mial opanowana do perfekcji (dal
zreszta tego pozniej dowody latajac w PSP na Zachodzie). W tej sytuacji
zrobil jedyne co mogl: zaatakowany zszedl ostrym nurkowaniem nad sama ziemie
i gwaltownie manewrujac systematycznie gubil Niemcow z ogona. Messerschmitty
110 natomiast nie byly projektowane do walk w tego typu warunkach. Maszyny
te mialy walczyc z samolotami wroga na duzych wysokosciach i miala to raczej
w ogole nie byc walka manewrowa. Tuz nad ziemia samoloty te tracily wiele ze
swoich walorow. To byly ciezkie maszyny, z duzym obciazeniem pow. nosnej i
dosc malo zwrotne, a manewrowanie przy malej predkosci moglo dla nich
skonczyc sie przeciagnieciem (utarta sily nosnej) i upadkiem na ziemie. Tak
wiec Falkowski mial jednak szanse - no i pewnie "kolowal" Niemcow tak dlugo,
az im sie znudzilo, zabraklo paliwa i pewnie ochoty na polowanie na
wywijajacy im sie ciagle dwuplatowiec.
     W tych warunkach rzeczywiscie mogloby dojsc do upadku niemieckiego
mysliwca na ziemie, ale cytowane przez Emmerlinga oryginalne dokumenty
niemieckie stanowia wyraznie, ze nie poniesiono zadnych strat. Jesli wiec
Autor jest rzetelny, to owo zwyciestwo bylo prawdopodobnie jedynie wytworem
wyobrazni pilota - rzecz, ktora czesto zdarza sie w czasie walki
powietrznej. Tym bardziej, ze wspomnienia zostaly spisane 30 lat pozniej.

Mój błąd. Chodziło o rumuńskie. Pomerdały mi się państwa. Przepraszam.
Cała sprawa była opisywana w Skrzydaletj Polsce pod koniec lat
80-tych. Niesiety nie mam roczników w domu - oddałem kuzynowi - by
dokładnie sprawdzić.



   Mam te SP, ale musialbym duzo szukac, pod reka mam natomiast wspomnianego
J.B. Cynka "Samolot bombowy PZL.37 Los" (poprzednio blednie podalem, ze
ksiazka byla autorstwa A. Glassa). Historia Losi po 1939 jest tam b.
dokladnie opisana.

Zerknij tu:
http://www.geocities.com/CapeCanaveral/Hangar/2848/light2.htm#Rwd15
Piszą o RWD13 i 15




RWD-13 byly "retired" po 1948 - cokolwiek to oznacza w tym przypadku. Jaka
jest szansa, ze dotrwaly do dzisiejszychg czasow?

Tu:
http://www.flight100.org/history/israel.html
 jest wzmianka o używaniu RWD8 do szkolenia pilotów w 1939 roku



   To jest cokolwiek dziwne, nie wspominajac juz o tym ze RWD-8 zostal
okreslony jako "biplane" (dwuplat), co jest oczywista bzdura. Poza tym, czy
przyszli piloci izraelscy byli szkoleni juz w 1939? Musze sprawdzic
dokladnie zrodla, czy w ogole jakies RWD-8 trafily do Palestyny. Pozdrawiam

   Maciej Stanislaw Orzeszko

TEKST ANNY_G. Wklejony przeze mnie.

Pana Bochniaka poznałam w aptece, w której pracuję. Kiedyś koleżanka wydając mu leki wspomniała, że jestem miłośniczką lotnictwa i przy następnej jego wizycie w aptece otrzymałam Historyczny Biuletyn Lotniczy Klubu Miłośników Lotnictwa Polskiego w Łodzi z 02.2008 roku. Pan Pułkownik jest niesamowicie sympatycznym człowiekiem i bardzo chętnie dzieli się swoimi wspomnieniami. Posiada bogate zbiory zdjęć o tematyce lotniczej, z owych zbiorów korzystało wielu publicystów. Myślę, że kiedyś z Ghenem się do niego wybierzemy, bo mieszka nieopodal apteki. Ten numer biuletynu był w całości poświęcony jego osobie. Zdjęć nie mam niestety jak wkleić, zresztą to co otrzymałam, jest kiepską kserokopią, ale treść przepiszę

PPŁK. PIL. STANISŁAW BOCHNIAK

Stanisław Bochniak przyszedł na świat 5 grudnia 1919 r w Mińsku Mazowieckim. Pierwszy kontakt z lotnictwem miał, gdy został zabrany na przelot samolotem LOPP-u ( nie miał skończonych 18-stu lat, wymaganych dla pasażera, jednakże pilota udało się przekonać, iż jest pełnoletni - tylko nieco "niewyrośnięty"). W tamtej chwili postanowił zostać pilotem. W 1937 r. po uzyskanej w gimnazjum humanistycznym w Sochaczewie maturze, zgłosił się do wojska. Latem tego roku przeszedł przygotowawczy kurs na szybowcach w Ustianowej ( wyszkolenie do kategorii "A" i "B"), a 21 września 1937 r. rozpoczął kurs unitarny dla podchorążych w 4 pułku piechoty Legionów w Kielcach. 2 września 1938 r. przyjęty został do Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie. Szkolony był w grupie pilotów myśliwskich i do wybuchu II wojny światowej zakończył kurs na P.7. We wrześniu 1939 r. nie walczył, został ewakuowany na wschód. Po 17 września 1939 r. przeszedł do Rumunii. Został internowany w obozie w Slatinie, jednak uciekł i przedostał się nad Morze Czarne, skąd 15 października 1939 r. ( wraz z większością XIII promocji ) odpłynął na greckim statku do przewozu owiec "St. Nicolaus" do Bejrutu. Stamtąd na francuskim statku "Ville de Strasbourg" wyruszył do Francji. W Marsylii był 29 października.

We Francji Bochniak trafił do Lyon-Bron , a 1 marca 1940 r. odszedł do Ecole Millitarie de I'Air w Wersalu. Wszedł w skład grupy 16 pilotów pod dowództwem kpt. Stanisława Pietraszkiewicza , którzy na Potezach XXVII "wozili" francuskich uczniów-strzelców samolotowych (lotnisko znajdowało się w Villacoublais). Parę dni po uderzeniu Niemców na Francję, 13 maja 1940 r. szkoła została ewakuowana do Bussac,niedaleko Bordeaux. Na skutek interwencji dowódcy polskiej grupy z pilotów sformuowano klucz myśliwki na Dewoitinach D-501. Na tych przestarzałych myśliwcach Bochniak latał na patrole w rejonie portu, jednak nie stoczył żadnych walk. 17 czerwca razem z całą "grupą wersalską" ewakuował się do Bordeaux, skąd odpłynął na pokładzie polskiego węglowca "Robur III". 20 czerwca 1940 r. statek dotarł do portu Falmouth w Kornwalii.

Pod koniec 1940 r. Bochniak skierowany został na krótki okres czasu do ATA ( Air Transport Auxiliary ) jako pilot rozprowadzający samoloty. Potem rozpoczął szkolenie dla pilotów myśliwskich na angielskim sprzęcie w CFS ( Central Flying School ) w Upavon. Po zakończeniu kursów otrzymał 23 marca 1941 r. posting do 317 Dywizjonu Myśliwskiego "Wileńskiego" i wszedł w skład jego pierwszego personelu. Latając kolejno na Hurricanach i Spitfirach przez 15 miesięcy wykonał 47 lotów bojowych i 110 operacyjnych. 24 czerwca 1943 r. odszedł na odpoczynek zostając instruktorem w 58 OTU w Grangemouth. Szkolenie myśliwców prowadził przez pół roku, po czym skierowany został 28 grudnia 1943 r. do 316 Dywizjonu "Warszawskiego". Pozostał w jego składzie do 19 marca 1944 r., kiedy przeniesiony został do 308 Dywizjonu " Krakowskiego ". Jako jego pilot przez szereg miesięcy latał nad Europą głównie na atakowanie celów naziemnych, biorąc udział w osłonie inwazji w Normandii i wspieraniu walk 1 Dywizji Pancernej we Francji i Belgii. 8 października 1944 r. przeniesiony został na oficera operacyjnego do sztabu 131 Skrzydła Myśliwskiego. 21 marca 1945 r. powrócił do 308 Dywizjonu Myśliwskiego, obejmując dowództwo jego eskadry "B". Po zakończeniu wojny stacjonował z dywizjonem jako częścią sił okupacyjnych w Niemczech, na lotnisku Ahlhorn. 18 grudnia 1946 r. jako dowódca eskadry "A" doczekał się rozwiązania dywizjonu na lotnisku Hethel we wschodniej Anglii.

Stanisław Bochniak odznaczony został Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari ( nr 11471 ), trzykrotnie Krzyżem Walecznych oraz angielskim Distinguished Flying Cross. Zakończył służbę w Polskich Siłach Powietrznych w polskim stopniu kapitana i angielskim Flight Lieutenanta. Ze wzglęgów rodzinnych, a także zachęcony do obietnicą służby w Ludowym Lotnictwie Polskim powrócił do kraju 9 maja 1947 r. Nie został przyjęty do służby jako pilot, w związku z czym postanowił zdobyć wyższe wykształcenie. Rozpoczął stusia na Politechnice Szczecińskiej, które ukończył w 1951 r. jako inżynier mechanik. Wkrótce po zakończeniu studiów zainteresowało się nim UB. Został zatrzymany na ulicy i wzięty na przesłuchanie. Proszono go o udzielenie informacji o strukturę i organizację Polskich Sił Powietrznych. Bochniak opowiedziało tym, jednakże kazano mu złożyć podpis pod oświadczeniem, że nikomu nie powie o przesłuchaniu. Później kilkakrotnie wzywano go na przesłuchania, czasem w prywatnych domach ubeków. Gdy zaczęto wypytywać o konkretne osoby, kolegów Bochniaka z Anglii, ten przestał reagować na wezwania. Swych znajomych ostrzegł, że interesuje się nim UB. Ktoś podłuchał rozmowę i doniósł, że Bochniak rozpowszechnia informacje o przesłuchaniach. Niedługo potem została aresztowany na ulicy i przewieziony do aresztu. Wytoczono mu proces o zdrade tajemnicy służbowej i skazano na 3 lata więzienia. Pierwsze trzy miesiące siedział w więzieniu w Szczecinie, potem zaś wyjechał do kamieniołomów w miejscowości Zaręba Górna niedaleko Zgorzelca, gdzie ciężko pracował. Po 19 miesiącach na mocach amnestii odzyskał wolność. Wrócił do Szczecina, jednakże za namową życzliwych ludzi wyjechał na Górny Śląsk, gdzie dokształcił się na inżyniera górnictwa. Znalazł zatrudnienie w katowickim przedsiębiorstwie Kopex. Wznosił obiekty przemysłu górniczego w Polsce, a także w Ameryce ( Chile, Peru), i w Afryce ( Egipt ). Za działalność powojenną odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 1981 r. zniechęcony ogłoszeniem stanu wojennego przeszedł naemeryturę ( 30 lat pracy ).

Obecnie Stanisław Bochniakmieszka w Katowicach, niedaleko Spodka. Jest posiadaczem ogromnych zbiorów związanych z historią Polskich Sił Powietrznych ( m.in. blisko 1000 zdjęć z lat 1938-1946), które chętnie udostępnia, popularyzując tym samym historię lotnictwa. Działa także aktywnie na rzecz Stowarzyszenia Lotników Polskich ( np. podjął akcję na rzecz znienienia podatku VAT, nałożonego na postawiony w 2003 r. pomnik poległych lotników w Warszawie; pomnik powstał z dobrowolnych składek m.in. samych weteranów).

>